V-padka Wachowskich

<br> Jerzy Szerszunowicz<br>
Wachowscy zaczynali podobnie jak Tarantino – od fascynacji i nałogowego oglądania, czytania i własnych prób scenariuszowych. W obu wypadkach oczekiwanie na debiut trwało czas jakiś.

Wachowscy zaczynali podobnie jak Tarantino – od fascynacji i nałogowego oglądania, czytania i własnych prób scenariuszowych. W obu wypadkach oczekiwanie na debiut trwało czas jakiś. A gdy wreszcie udało się zrobić pierwszy film, okazało się, że na to właście czekało kino. Tarantino „Wściekłymi psami" odświeżył kryminał – Wachowscy to samo zrobili „Matrixem" dla kina sf. Wydawało się, że jesteśmy świadkiem wschodu słońca nowych talentów. Jednak to, co u Tarantino było początkiem artystycznej erupcji (po debiucie przyszła seria doskonałych scenariuszy do „Prawdziwego romansu" i „Urodzonych morderców", a później własne, kultowe „Pulp Fiction"), w przypadku braci Wachowskich zakończyło się wstydliwym bąkiem.

Totalitaryzm jutra

Akcja „V jak Vendetta" rozgrywa się w niezbyt odległej przyszłości w Wielkiej Brytanii. Panuje ustrój totalitarny: podsłuch, donosy, ograniczenie praw obywatelskich, więzienia bez sądu, itp. Za każdą próbę buntu grozi kara śmierci. W tej upiornej rzeczywistości pojawia się nagle facet w masce, czarnym płaszczu, kapeluszu – taki Zorro, tylko zamiast „Z" na brzuchach prześladowców, wycina na rządowych plakatach „V". Przejmuje na kilka minut kontrolę nad telewizją, by wygłosić kwiecistym, poetyckim językiem przemówienie i zapowiedzieć, że za rok zwołuje rewolucję. Szlachetny przebieraniec obiecuje wysadzić parlament – społeczeństwa zaprasza do demonstrowania sprzeciwu. Co będzie dalej – tajemnic cała fura, ale jakoś bez problemu można je odkryć. Tak więc dalej jest głównie nudna akcja i wspaniale rozdęta warstwa wizualna.

Nieuki do szkoły!

Ten Zorro z przyszłości przypomina trochę Neo z „Matrixa", trochę hrabiego Monte Christo, upiora z opery i bestię – szczególnie od momentu, gdy dołącza do niego piękna Evey (Natalie Portman). Do tego jest mutantem, mścicielem, mistrzem walki wręcz – utalentowany jest wszechstronnie, a tajemniczy bezmiernie. V przypomina całą galerię znanych bohaterów zbiorowej wyobraźni – to taki rodzaj literacko-filmowo-komiksowego Frankensteina. Podobnie rzecz się ma z całym filmem. Jego scenariusz przypomina noszone ongiś przez młodych outsiderów spodnie, które powstawały z naszywania kolejnych łat – aż do zaniknięcia wszelkiej formy. To samo mniej więcej stało się z „V jak Vendetta" – z nadmiaru zapożyczeń zatracił (o ile ją w ogóle miał) własną formę. To takie „Pulp Fiction" literatury sf. O ile jednak Tarantino wzniósł podły gatunek na wyżyny – Wachowscy grzebiąc w kultowych bohaterach i wątkach sprowadzili ich na dno.
Również wizja państwa Totalitarnego w wydaniu Wachowskich przeraża – głównie głupotą. Czytając komiksy trudno zrozumieć, czym jest państwo totalne. Dobrze byłoby też poczytać w oryginale (znaczy bez obrazków) książki, z których kradnie się pomysły. Okazuje się, że jest różnica pomiędzy genialnym samoukiem w rodzaju Tarantino, a pospolitym nieukiem. Do której kategorii należą Wachowscy? Nie chcąc nikogo urazić – wybór pozostawiam tym, którzy zdecydują się obejrzeć „V jak Vendetta".

Będzie nowe święto państwowe?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie