Marcin Król, Prowincja, wyd. W.A.B. Marcin Król, Prowincja, wyd. W.A.B.

(© mat. promocyjne)

Rozmowa z prof. Marcinem Królem – autorem książki „Prowincja” Wydawnictwa W.A.B.

Jaka jest geneza powstania powieści? Skąd pomysł napisania kryminału?

To nie jest pierwszy kryminał napisany przeze mnie. Poprzednie miały niestety gorszy los. Za komunizmu nie mogłem wydać pod nazwiskiem i ukazał się tylko w odcinkach w „Kurierze Polskim”. Następny „Kampania” w 1992 roku opublikowała firma, która nie miał pieniędzy i nigdy się nie rozszedł. Lubię czytać czasem wieczorem kryminały i oczywiście mam swoich ulubionych autorów. Uważam, że jest jedna z tradycyjnych i bardziej cywilizowanych form rozrywki, a poza tym dla mnie pisanie „Prowincji” stanowiło pewną przyjemność, polegającą na wymyślaniu świata bliskiego rzeczywistemu, ale jednak fikcyjnego. Niewątpliwie zadziałało tu także zmęczenie naszym życiem publicznym i politycznym, a ponieważ od lat publikuję książki na temat filozofii politycznej, to tym bardziej nużą mnie głupstwa, jakie niestety wciąż słyszę. Jest to więc swoista ucieczka w fikcję, przyjemna dla mnie, i mam nadzieję, dla moich czytelników. Istnieje poza tym pokusa porozumienia z tak zwanym „zwyczajnym odbiorcą”, a nie tylko kolegami ze sfery akademicko-intelektualnej.

Ile jest Pana w bohaterze?


W bohaterze w rozumieniu psychologicznym nie ma ze mnie nic. Nie utożsamiam się z nim, ani nie wyraża on mojego sposobu widzenia świata. Natomiast dla mnie bardzo ważne było zobaczenie życia na prowincji. Zarówno na wsi, jak i w otaczających mnie miastach i miasteczkach. Nie przypuszczałem, że tak bardzo to wpłynie ma moją postawę wobec świata. I chodzi tu zarówno o dostrzeżenie prawdziwej biedy, jak i o obejrzenie pozytywnych stron prowincji, to znaczy znakomitej współpracy ludzi, którzy, kiedy się przyjaźnią czy dobrze znają, potrafią sobie nawzajem i innym bardzo wiele pomóc. Takiego stopnia życzliwości w Warszawie nie dostrzegałem, raczej coraz większą anonimowość. Oczywiście wykorzystałem częściowo moje akademickie doświadczenia, a historia z plagiatem zawarta w powieści zdarzyła się, w nieco innej postaci, naprawdę.

Już jakiś czas temu przeniósł się Pan na Podlasie. Dlaczego?


Przeniosłem się na Podlasie przede wszystkim przypadkiem. Na progu 1987 roku mieliśmy z żoną dość kłopotów związanych z wyjazdem z dziećmi na wakacje (to były inne czasy) i daliśmy ogłoszenie „Duży dom na wsi pod lasem kupię”. Oferty były przedziwne, ale mimo marcowego błota żona dostrzegła urodę miejsca, w którym mieszkamy. Poza tym dom był spory (potem go rozbudowaliśmy), solidny, wysoki i miał łazienkę. To było nadzwyczajne w tamtych czasach. Po dziesięciu latach przyjazdów wakacyjnych, dzieci zaczęły studia, a my przenieśliśmy się tutaj już na stałe. W tej chwili już innego życia i w innej części kraju sobie nie wyobrażamy. To nie była ucieczka z Warszawy, ale teraz już tylko pod przymusem mieszamy w Warszawie. Cała forma życia uległa zmianie, ale przede wszystkim przyroda, spokój i cisza.

Lubi Pan Podlasie? Jakie są Pana ulubione miejsca?


Bardzo lubię Podlasie, ale proces „polubienia” następował stopniowo. Proszę pamiętać, że na Podlasiu dokonały się również niesłychane cywilizacyjne zmiany. Dla przykładu, niegdyś w promieniu trzydziestu kilometrów nie było miejsca do zjedzenia obiadu, teraz w naszej wsi jest bardzo przyzwoita restauracja. A ulubionych miejsc mam bardzo wiele, więc tylko je wyliczę w przypadkowej kolejności: Supraśl, Wola Uhruska, Siemiatycze i Drohiczyn, Hola i Grabarka, Jabłoń i Jabłeczna, Ortel Królewski i Książęcy, Krynki i okolice. Naturalnie Hajnówka, ale i Kleszczele, Zaborek i Cieleśnica, i tak dalej. Dosyć dobrze się już orientuję, ale ciągle odkrywamy coś nowego. Przy okazji polecam lekturę wyjątkowo kompetentnego kwartalnika „Kraina Bugu”, z którego wiele się i dowiedziałem zaskakujących rzeczy. Czasem decydują drobiazgi, jeden piękny widok, jeden ładny dom, czy pamięć i tradycja. Mam tylko poczucie, że Podlasie ciągle nie doczekało się dobrego opisu historycznego, ale to zadanie dla młodszych historyków, którzy spędzą czas w archiwach, których jest wciąż zaskakująco wiele nie odkrytych w plebaniach, urzędach miejskich i tym podobnych.

W książce porusza Pan bardzo aktualne tematy – nacjonalizm, handel kobietami. Widzi Pan, że te tematy są w jakiś sposób obecne na Podlasiu? A może to temat aktualny w Polsce?


Problemy nacjonalizmu czy marzeń kobiet o lepszym życiu, czy nawet problemy „rasowe” nie są specyficzne dla Podlasia, nie są specyficzne dla Polski lecz dla całego świata zachodniego. Nacjonalizm w obecnej postaci pojawił się niedawno, ale jego podglebie istnieje stale, także w Ameryce. Podobnie każda kelnerka w Los Angeles przyjechała w nadziei, że zrobi karierę filmową, a potem los się potoczył czasem fatalnie. Bardzo łatwo jest używać często normalnych ludzkich uczuć, jak patriotyzm czy chęć awansu społecznego do niecnych celów. I tu jest pewna specyfika Polski w ostatnich dwu latach. Dostrzegamy rozmaite formy grania na złej stronie ludzkiej natury. Próbuję to trochę opisać, ale przecież nie byłoby kryminału bez zła. Zło przyjmuje różne postaci i czasem jego siła oddziaływania się nasila. Próbuję to pokazać, ale w tle, bo przecież to nie jest traktat polityczny.

Jak wygląda Pana praca skoro na co dzień żyje Pan na Podlasiu (w domyśle nie w Warszawie)?

Jeszcze do niedawna jeździłem co tydzień do Warszawy samochodem, teraz coraz częściej, ze względu na korki, pociągiem. Często jestem dwa dni w tygodniu i czasem przyjeżdżam na konferencje i inne wydarzenia tego typu. Jednak nigdy bym tyle nie zrobił, gdybym nie przeniósł się na wieś. Jeżeli ktoś naprawdę umie wykorzystać internet i inne formy elektronicznej lektury, to bardzo wiele można zrobić w domu. W dodatku mam o wiele mniej pokus. W Warszawie można każdego wieczoru gdzieś wyjść, a to koncert, a to spotkanie z przyjaciółmi, a to promocja książki kolegi. Często nie wypada odmówić, na wsi mam pod tym względem święty spokój i nieporównanie więcej czasu. Wreszcie, o czym już wspominałem, rytm życia jest inny. Znacznie bardziej powolny i zarazem bardziej intensywny, bo można się skupić. Nie trzeba ciągle zajmować się czymś innym. A chyba, trzeba by ich spytać, moi studenci na tym nie cierpią. Pracuję tylko, ile każdy profesor, a przez wiele lat byłem dziekanem. Wreszcie do życia na wsi należą zwierzęta, pięć psów i dwa koty, które mają dla siebie dziesięć hektarów zalesiających się nieużytków. Bez nich też życie byłoby inne

Czy Pana przyjaciele i znajomi mogą odnaleźć się na kartach książki?

Nie pisałem zupełnie o konkretnych ludziach, nie wzorowałem się na nikim. A zwłaszcza na przyjaciołach, natomiast niektóre postaci mają cechy zaczerpnięte z kilku osób znajomych z mojego sąsiedztwa czy okolicy. To jednak są tylko pojedyncze cechy, a nie portrety. Może odrobinę udało mi się oddać pewną specyfikę znajomości podlaskich, a mianowicie fakt, że bardzo trudno jest osiągnąć zaufanie innych z mojej okolicy, ale jak się stopniowo uda, to skłonność do pomocy i lojalności jest nadzwyczajna.

Czy myśli Pan, że Podlasie Pana polubiło? Dobrze się Panu tu żyje?

Czuję się na Południowym Podlasiu znakomicie. Można pisać lekkie banały o mieszaninie kultur i religii, o jedzeniu czy o tradycjach lokalnych. Dla mnie jednak najważniejsze jest poczucie, że istnieje ta „moja” cześć Polski, w której nie ma potrzeby rozmawiać o polityce, w której de facto władza w Warszawie nikogo nie obchodzi. Może w demokracji tak być nie powinno, ale jaką my mamy demokrację? W związku z tą siłą „tutejszości” coraz częściej myślę, że świat wyglądałby inaczej, gdyby nie było państw narodowych, tylko takie, silne wewnętrznie wspólnoty lokalne. Bardzo chętnie wówczas byłbym obywatelem Podlasia.

Czytaj także

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!